środa, 11 lipca 2007

Przyjemne artykuły

http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,55341,707542.html


http://www.wiadomosci24.pl/artykul/warszawa_z_drugiej_reki_5341.html


To też fajne :-) Ze strony www.miszmasz.net
Lumpeks proletariat

Email
Do niedawna kryły się w zaułkach ubogich miasteczek, dziś ich szyldy można spotkać w centrach metropolii.
W warszawskiej Wzorcowni rzeczy wiszą na wieszakach, każda ma metkę z ceną. Tłoczno, część kobiet (od licealistek po emerytki) lustruje towar wzrokiem, inne kursują między półkami a przymierzalnią. Zupełnie ścichapęk między wieszakami przemyka klient w eleganckim płaszczu. Wybiera marynarkę i kilka par spodni. Ze sklepu - jak się okaże - będzie jednak musiał wyjść z pustymi rękoma.

Złote karty, karty kredytowe
- Nie mógł uwierzyć, że nie mamy w sklepie czytnika do kart kredytowych - śmieje się Beata Goss, ekspedientka. Ktoś niezorientowany mógłby się nie domyślić, że to second-hand. Pomieszczenie schludne, muzyka z radia i obsługa czekająca tylko na skinienie. Jak w zwykłym butiku. Lumpeks ani myśli ustępować w czymkolwiek zwykłym sklepom z ubraniami. Łódzki Dukat ma łososiowe ściany, na których wiszą obrazki i zegary. Dzieci towarzyszące rodzicom w zakupach mogą tam zająć się czekającymi na nie zabawkami. Właściciel ciucholandu przy ul. Nowolipki w Warszawie do urządzenia sklepu zatrudnił projektanta, a second-hand w Katowicach, chcąc podkreślić swoją ekskluzywność, wprowadził złote karty dla klientów. Jeśli ktoś zrobi zakupy powyżej 250 złotych, dostaje 10 procent rabatu przy kolejnych. Stereotyp lumpeksu - śmierdzącego magazynu z ciuchami poupychanymi w foliowe wory - odchodzi w niepamięć. Jeden ze sklepów mieszczący się w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej reklamuje się jako "najdroższy lumpeks w mieście". W rzeczywistości sprzedaje ciuchy sygnowane nazwiskami początkujących projektantów. Ostatnio jeden z największych sklepów z tanią odzieżą powstał na ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, gdzie czynsze są najwyższe w mieście. W Warszawie second-handy działają na Chmielnej, Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Droga na salony otwarta!

Metka czy no logo?
Według raportu CBOS z 2005 roku prawie 40 procent Polaków kupuje w lumpeksach, w tym połowa robi to często. Dla porównania w 1999 ten odsetek wynosił 28 procent. Zbiednieliśmy i nie stać nas na zakupy w zwykłym sklepie? Przypadek wspomnianego mężczyzny z kartą kredytową dowodzi, że raczej nie. - Diagnoza Społeczna 2005 również na to by nie wskazywała, grupa ludzi żyjąca na tzw. średnim poziomie wręcz powiększyła się - uważa dr Mirosław Pęczak, socjolog. Poza tym ceny w eleganckich sklepach z używaną odzieżą wcale nie są - jak mogłoby się wydawać - tak niskie. Za używane spodnie trzeba zapłacić ok. 50 złotych, a kurtka czy kożuch to wydatek rzędu nawet 100-150 złotych. To dużo w porównaniu z cenami w tzw. grzebalach, gdzie odzież sprzedaje się na kilogramy (10-30 złotych za kilogram). Zdaniem socjologa boom na używane ciuchy to pochodna zmiany wizerunku tej instytucji i jej przystosowania się do warunków wolnego rynku. - Teraz ważne jest nie tylko, aby ubierać się modnie, ale także, by ubierać się inaczej. Ostatnio karierę robi np. filozofia "no logo". Któż mógłby być jej lepszym sojusznikiem niż second-hand? - dodaje. Z badań wynika również, że Polacy lubią ubierać się w modne ciuchy, ale większości z nich na nie nie stać. Rozwiązaniem tego problemu mogą być właśnie lumpeksy, które sprzedają rzeczy i atrakcyjne, i mimo wszystko relatywnie tanie. - Używana odzież jest na fali, bo nie ma lepszej alternatywy - mówi Justyna Moraczewska, stylistka z "Cosmopolitan". - Gdzie indziej za psie pieniądze kupimy dżinsy Tommy'ego Hilfingera czy torebkę Prady? Polacy nie nacieszyli się jeszcze metkami.

Modelki w Sejmie
Nie wolno oczywiście zapominać o posezonowych wyprzedażach, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że są one organizowane zwykle dwa razy do roku, to raczej nie stanowią dla lumpeksów konkurencji. Tych ostatnich z kolei obawiają się butiki i przemysł włókienniczy. Jerzy Garczyński, wiceprezes Polskiej Izby Odzieżowo-Tekstylnej, poproszony o wypowiedź na temat rodzimych second-handów odmawia komentarza. Po kilku próbach udaje się go namówić. - Powiem tylko tyle, że z odpadami ciężko konkurować. Nikt nie kontroluje importu tych rzeczy. Nasze firmy upadają, a na ich miejsce wchodzą chińskie. Ta odzież zabija polski przemysł tekstylny! - mówi. Obrońcy second-handów protestują przeciwko nazywaniu używanych rzeczy "odpadami". Ich zdaniem ubrania z drugiej ręki pod względem gatunkowym wcale nie odstają od tych kupionych w zwykłym sklepie. - Czasami mają one o wiele lepszą jakość niż szyte w Azji rzeczy z firmowych butików. Wiele klientek mi o tym mówi - przekonuje Goss. Poza tym nie jest prawdą, że nie ma żadnego nadzoru nad handlem używanymi ciuchami. W 2002 roku rząd zakazał sprowadzania do kraju tzw. odzieży nieposortowanej, którą ustawa Ministerstwa Środowiska zaliczała właśnie do odpadów. Właściciele sklepów podnieśli jednak raban, bo na "szmatach" zarabiali najwięcej. Kupowali je po 2 złote za kilogram, a sprzedawali za 30-40 złotych. Podwyżka cen mogła oznaczać ich koniec. Naprędce powołali więc Komitet Obrony Sklepów z Używaną Odzieżą, a na ratunek przyszli politycy. Ludwik Dorn (PiS) mówił w mediach, że żona kupuje mu rzeczy z second-handów i nie pozwoli na ich likwidację. Poseł SLD Piotr Gadzinowski przeszmuglował nawet do Sejmu 12 modelek, które ubrane od stóp do głów w lumpeksowe ciuchy protestowały przeciw ustawie (w specjalnym pokazie pt. "Kopciuszek"). Opłaciło się. Kilka miesięcy później pozwolono sprowadzać odzież nieposortowaną, ale pod pewnymi warunkami. Trzeba uzyskać zgodę ministra środowiska oraz należycie przygotować odzież - uprać ją i zdezynfekować. Takie rozwiązanie poprawiło jakość sprzedawanych rzeczy. Obecna pozycja lumpeksów na rynku wydaje się mocna. Według danych GUS import odzieży używanej do Polski wciąż rośnie. W 2005 roku sprowadzono do kraju 90 tysięcy ton ubrań za ponad 100 milionów euro.

Szmaty jak wino
Odmalowane ściany, uśmiechnięte ekspedientki i lepszy towar - to bez wątpienia przepis lumpeksu na sukces. Kolejnym "lepem na klienta" jest reklama. Do kupowania w sklepach z używaną odzieżą publicznie przyznają się piosenkarki Kayah i Reni Jusis, prezenter telewizyjny Maciej Rock czy królowa literatury dziecięcej Wanda Chotomska. Mirosław Pęczak uważa takie deklaracje za snobizm. - Parę lat temu każdy ugryzłby się w język, nim coś takiego by powiedział. Lumpeks był wskaźnikiem niskiego statusu materialnego. Dlatego chodzili tam tylko ci, których nie było stać na markowe ciuchy. Teraz wręcz nie wypada powiedzieć, że się tam nie zagląda - mówi. Moda na kupowanie w eleganckich second-handach przyszła do nas z Zachodu. W Nowym Jorku czy w Paryżu vintage shops (z ang. winobranie, ciuchy podobnie jak wino kupuje się z poszczególnych roczników, np. z lat 80.) od lat są ważną instytucją w świecie mody. Właściciele londyńskich Absolute Vintage czy Mad Fashion Bitch są nawet uznawani za wziętych trendsetterów, których podpatrują znani projektanci. Do odzieżowych second-handów przychodzą także aktorzy i piosenkarze. Szukają kreacji na oscarową galę albo nietypowych wdzianek na scenę. Do nałogu kupowania używanych ciuchów przyznaje się Kate Moss. Regularnie sklepy z używaną odzieżą odwiedzają również aktorka Sarah Jessica Parker czy projektantka Bay Garnett. W Paryżu dużą popularnością cieszy się Come on Eileen. Ceny kosmiczne, ale właściciel sklepu na brak klientów nie narzeka. Nic dziwnego, skoro kupuje tam m.in. Kylie Minogue. W Amsterdamie z kolei każdego eleganta ciągnie do Lady Day, kultowego już second-handu w sercu dzielnicy handlowej - De Negen Stratjes. To ulubione miejsce lokalnych projektantów i stylistów. Można tam m.in. nabyć unikatowe rzeczy z lat 50., 60. i 70. Polskie szmateksy wypiękniały, ale czy mają szansę podobnie jak te zachodnie stać się wyroczniami w sprawach mody? - Poczekajmy z proroctwami. U nas vintage dopiero raczkuje, w Londynie czy w Paryżu takie sklepy mają długą historię - uważa Moraczewska. Jedno jest pewne. Dziś, aby tam kupować, nie trzeba zakładać kaptura na głowę, żeby nikt nas nie widział, czy jechać na drugi koniec miasta. Lumpeks zmienił barwy, ulica dała mu zielone światło.

HISTORIA LUMPEKSU W POLSCE
Lumpeksy, szmateksy, ciucholandy, ciuchy, lumpy, grzebale czy dziungarnie (funkcjonuje kilkanaście ich określeń, także niecenzuralnych) powstały w Polsce na początku lat 90. Importowana odzież pochodziła wtedy głównie od zachodnich Kościołów, które zbierały datki wśród wiernych. Dopiero później właściciele lumpeksów zaczęli szukać prywatnych źródeł oraz ściągać rzeczy z posezonowych wyprzedaży w sklepach. Polscy hurtownicy najczęściej sprowadzają odzież z Niemiec, Holandii oraz Wielkiej Brytanii.

Paweł Czartoryski
Źródło: gazeta dla maturzystów: Maturzysta 5/30

Bardzo fajne miejsca w sieci n/t second handów :-)

Mam nadzieję, że ten post się rozwinie.... Czekam na jakieś propozycje, co by tu wkleić jeszcze....

Odzież używana http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=33793&t=1184131563688

http://www.lumpeksy.pl

Ciucholandy i Komisy http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=24662

poniedziałek, 9 lipca 2007

No i jeszcze cos o moich ulubionych...

Znalazłam dziś fajny artykuł o sklepach z używaną odzieżą... http://wiadomosci.onet.pl/1417252,2679,1,kioskart.html
Aż mi sie zachciało iść na łowy,a tu już prawie 16 i za chwilę mi zamkną sklepy... :-(

Do tego mojego ulubionego sklepu przyjeżdża TIR raz na 1,5 miesiąca, może dwa.... czasem przechodzę tą uliczką i widzę takie świeże reklamówki z ciuchami rzucone na pakę i mam ochotę iść posortować :-) Ciuchy są w reklamówkach i workach, bo jest to towar z niesortu, czyli jak go ludzie spakowali i wrzucili do pojemników, tak on też sobie został tu przewieziony. A są tam różności: zabawki, dywany, firanki, pościel, ręczniki, czasem sprzęt sportowy... No wszystko... Taką moją fajną zdobyczą, jedną z wielu, jest Tinky Winky (wiem, całkowicie niepopularny w naszym kraju). Tinky Winky ten interaktywny, tzn trzeba mu dać dwa paluszki i gada po swojemu :-) Moja córka była nim zachwycona jakieś dwa lata temu, teraz zaczyna kochać go mój syn - Boże, nie wiem, czy to można tak oficjalnie pisać...
No ale wracając do tira... W sklepie tym towar jest sortowany na rzeczy wieszakowe, wycenione i wagowe, ale też wieszakowe :-) Ten wyceniony jest dodatkowo prasowany. Towar jest dokładany cały czas.

W Wadowicach lubię też iść do typowego szmateksu, ale tylko w dzień dostawy, czyli w czwartek rano. Już przed godziną 8 jest pod sklepem kolejka, jak w czasach PRL i wszyscy czekają aż otworzy się sklep. A następnie wszyscy sie rzucają na te cuda tam :-) Tam jest prawie wszystko na wagę. Codziennie cena jest niższa. Bielizna, galanteria i zabawki są wycenione na jakieś śmieszne kwoty. Co dwa tygodnie jest świeża dostawa do danego punktu. Właściciele mają dwa sklepy, czyli wychodzi jedna dostawa w tygodniu (wymieniają się). Sklepy te są na ul. Krakowskiej i Pl. Kościuszki. Z tego co się orientuję w Andrychowie (Małopolska) też mają sklep.

piątek, 6 lipca 2007

Sklep z używanymi oponami

Innym miejscem „secondowym” , gdzie zaopatrujemy się co sezon od lat w opony jest pewien warsztat w miejscowości Grzechynia, k. Makowa Podhalańskiego (Małopolska) . Prowadzą go bezpośredni importerzy z Austrii. Fantastyczna obsługa, konkurencyjne ceny. Z tego co wiem, niedługo otworzą nowy punkt w Makowie Podhalańskim. Jeśli kogoś to interesuje, to podaję ich numer kontaktowy: 0 507 205 049 .Są też na Allegro jako BeateMP http://www.allegro.pl/show_user_auctions.php?uid=2854972

Mój ulubiony sklep z "ciuchami" :-)

Póki co wzorem godnym naśladowania jest dla mnie sklep z używanymi rzeczami, który mieści się w Wadowicach przy ul. Barskiej. Tak się śmieję zawsze, że to jest sklep dla wtajemniczonych, gdyż nie ma żadnego szyldu wskazującego, że coś tam jest. Wchodzi się po starej klatce schodowej na piętro, gdzieś poza centrum miasta …. Nawet porządnego parkingu tam nie ma, a ludzi zawsze pełno. Jest tanio, czysto, sympatycznie. Jestem tam kilka razy w tygodniu.

Jak to się zaczęło

Swego czasu bardzo dogłębnie rozpoznaliśmy temat handlu używanymi rzeczami. Mieliśmy piękny biznesplan, poczynione rozmowy z dostawcą tegoż towaru z Niemiec. Przeszukałam sieć w poszukiwaniu dobrych eksporterów i znalazłam.
Od początku nie chcieliśmy brać towaru od pośredników z Polski. Byliśmy w kilku sortowniach i zrezygnowaliśmy. Cena wysoka, a rzeczy przeciętne. Dużo bardziej opłaca się znaleźć dobrego partnera w kraju, z którego chce się importować. Z racji mojej znajomości języka niemieckiego w naszym wypadku były to kraje niemieckojęzyczne.

Jeśli ktoś zamierza otworzyć sklep z rzeczami drugiej reki powinien zajrzeć pod poniższy adres:

http://www.striebel-textil.de
- przesympatyczny, rzeczowy kontakt dla kogoś kto szuka bezpośredniego dostawcy, a chce ominąć polskich pośredników.

Inni sympatyczni nasi korespondenci to:

http://www.eu-rotec.de
http://www.mehling-textil.de
http://www.huenlein.com
- pracuje tam również Polka, która może pomóc w kontakcie z tą firmą
www.texaid.ch
– świetny szwajcarski kontakt

Dostawcy ci mają własne olbrzymie sortownie, z których można kupić posortowane rzecze, z podziałem na lepsze i gorsze, creme, czyli super, ale także można kupić niesort i samemu sortować na miejscu. Oczywiście ceny są bardzo zróżnicowane, ale nie radzę kupowac najtańszych rzeczy, gdyż to się po prostu nie opłaca. Towar jest brzydki i najczęściej laduje w koszu. Najlepiej kupić niesort, czyli tak jak ludzie oddali swoje rzeczy do pojemników. Sort jest już droższy, creme najdroższy.

My niestety nie otworzyliśmy w końcu naszego sklepu, gdyż nie udało się nam wynająć dobrego lokalu na ten cel, ale pomysł pozostał, kontakty również, więc kto wie…